fotolia-58538507-subscription-monthly-m-2.jpg

Przyjeżdżała po mnie pielęgniarka w nocy i na wózku wiozła mnie na oddział. Pokazano mi jak ręcznie odciągać pokarm.

Urodziłam Syna 7 miesięcy temu. W szkole rodzenia zachęcano nas – przyszłe mamy – żeby spróbować karmić piersią, nawet, jeśli miało by to trwać tylko kilka tygodni. Mówiono o dobroczynnym wpływie karmienia piersią na układ odpornościowy dziecka i ogólnie na jego rozwój i stan zdrowia. Położne prowadzące zajęcia podkreślały, że korzyści z karmienia piersią są również dla mamy – łatwiej nawiązuje się więź z dzieckiem, macica obkurcza się prawidłowo, mleko jest zawsze gotowe, sterylne, w odpowiedniej temperaturze i takie, jak powinno być. Nikt w szpitalu nie dziwił się, że chcę karmić. 

Po porodzie, podczas kontaktu „”skóra do skóry”” przystawiłam Felusia do piersi tak , jak wydawało mi się, że czytałam i widziałam na ulotkach i schematach i… wątpliwości zniknęły. On wiedział jak ma ssać, a jak zassał się porządnie, to ja skądś wiedziałam, że jest tak, jak ma być. Nie bolało, maluch wydawał się szczęśliwy, cud miód. Okazało się, że po porodzie dostałam gorączki, więc dostaniemy oboje antybiotyki, aż wyniki posiewu będą czyste (i były), a tymczasem zabrano mi Synka n obserwację i dodatkowe badania – wynik: niski cukier. Wzięli w inkubator, grzali, podawali antybiotyki, ale i pozwalali mi go przystawiać do piersi. Przyjeżdżała po mnie pielęgniarka w środku nocy i na wózku wiozła mnie na oddział noworodkowy. Pokazano mi jak ręcznie odciągać pokarm i najpierw dziwiłam się że na mleko dostałam mały plastikowy kieliszek, a potem czułam się zawiedziona, że parę godzin po porodzie przez 45 minut „”udoiłam”” tylko 2 ml siary. Niosłam ją w maleńkiej strzykawce i miałam łzy w oczach, kiedy pielęgniarki i pielęgniarz (był rodzynek, a jakże) od noworodków zdziwiły się, że tak dużo mam i pytały czy to świeże. Po podaniu odciągniętego mleka mały i tak dostawał butelkę, a potem jeszcze podano  mu kroplówkę. Ale pozwalano mi go przystawiać do piersi i własnoręcznie podawać butelkę. Jak marudziłam, że miała być pierś i co jak mu się butelka spodoba za bardzo i nie będzie chciał ssać piersi, mówiono, że teraz najważniejszy jest stabilny cukier. Potem jeszcze okazało się, że mały ciężko oddycha i podejrzewano, że płuco nie do końca mu się rozkleiło i wszystko inne straciło znaczenie. Pierwszy raz w życiu tak się bałam i wydawało mi się, że trwa o wieki.

Po 3 dniach wypuszczono nas ze szpitala, kiedy oddech i cukier były w porządku, i kiedy po karmieniu piersią nie musiałam już dopajać butelką.

 W 5 tygodni po porodzie dostałam zapalenia gruczołu mlecznego. Miałam 39 i 7 gorączki, było mi zimno, a na cyckach miałam czerwone plamy, jakby ktoś deską plasnął. Bolało, jak przytulałam dziecko do piersi, a kiedy ssał, to czułam to aż w łopatce. 40 tabletek antybiotyku później wszystko było już dobrze. Pod koniec drugiego miesiąca mój Synek zaczął przesypiać noce i rzadko się budzi przed świtem. 

Karmię piersią do tej pory, choć podaję już pokarmy stałe. Mój syn nie do końca radzi sobie z butelką (choć pije z łyżeczki) i nie wiem jak mogłabym mu zabrać pierś. Nie wyobrażam sobie szykowania mleka w proszku i wyparzania butelek, bo i bez tego bywa ciężko. 

Minusem jest niemożność zażywania niektórych leków i przeziębienie trwające trzy tygodnie, nawrót egzemy (nie wolno mi używać mojej maści kiedy karmię), konieczność noszenia specyficznej odzieży (dostęp do piersi bez pełnego strip-teasu) oraz fakt, że jesteśmy nierozłączni na dłuższą metę, przynajmniej póki karmię, więc na razie nie mogę wrócić do pracy. Plusy to zdrowie i radość mojego dziecka, no i wygoda – mogę go karmić prawie wszędzie i kiedy chcę oraz poczucie, że robię dla mojego dziecka wszystko co tylko mogę i satysfakcja, że ono mnie potrzebuje, a ja jestem. 

Mimo pewnych negatywów każdej mamie życzę równie miłych doświadczeń.

MamaPana Fela
http://rodzice.mamadu.pl/